czwartek, 29 stycznia 2015

Jak znaleźć faceta na Walentynki?

Zbliżają się Walentynki, czyli święto, które dla polskich kobiet jest równie ważne jak Wielkanoc — ostatecznie w obu przypadkach chodzi o ładne jajka. Kobieta, która nie ma z kim spędzić Walentynek staje się obiektem kpin, doświadcza przykrej stygmatyzacji, nierzadko kończy nietrzeźwa w ramionach przypadkowego studenta z tureckiej wymiany — romans kończy się rozczarowaniem i mononukleozą, dlatego jeśli już spędzasz wieczór z jakimś Ahmedem, to zamiast się całować wytarguj od niego Rolexa.


W Walentynki musisz mieć chłopa, bo przecież wszystkie koleżanki będą się pytały, gdzie byłaś i czy Twój chłopak się wreszcie oświadczył. Co roku po Walentynkach facebook odnotowuje wysyp zaręczynowych aktualizacji profilu i niezliczoną ilość zdjęć pierścionków, w których wielkość kamienia jest wprost proporcjonalna do wielkości przyrodzenia narzeczonego.


Jeśli nadal nie masz chłopa, to pewnie zawaliłaś sprawę i poszłaś na studia żeby się uczyć. Idiotka. Każdy wie, że kobieta idzie na studia żeby znaleźć męża, bo potem to wszyscy są już zajęci i szanse na chłopa są dopiero po fali rozwodów, czyli za pięć do ośmiu lat. W robocie ciężko kogoś poznać, bo najpierw trzeba mieć robotę, a poza tym jak ktoś Cię wiecznie opierdala, że za mało sprzedajesz i nie realizujesz planów, to ciężko o romantyczny nastrój. Nie trać jednak nadziei, są jeszcze inne sposoby.


Chłopa trzeba umieć szukać. Dobrze, żeby ten chłop nie był byle jaki, ale wiadomo, nie ma co wybrzydzać — nie Ty jedna szukasz, a konkurencja jest spora, począwszy od zdesperowanych kobiet po trzydziestce, poprzez pobudzone przed klimakterium czterdziestolatki aż po rozwiązłe studentki, które chcą żeby ktoś zapłacił za ich bilet na premierę „50 twarzy Grey’a”. Jak takiego chłopa znaleźć, zanim zapasy się wyczerpią?


Opcja pierwsza to strategia długofalowa. Warto szukanie chłopa zaplanować z wyprzedzeniem, idealnym okresem są wakacje, kiedy wyposzczony facet wychodzi z dupy swojego szefa i szuka uciech. Musisz jednak wiedzieć, że takiego chłopa ciężko będzie zatrzymać do lutego — jest więc to opcja równie niepewna jak orientacja seksualna Twojego ojca. 


Jeśli nie chcesz inwestować w coś, co może nie wypalić, możesz zdać się na szukanie tak zwanego pewniaka — czyli bierzesz albo rudego, albo informatyka. Z rudym to jak z Katowicami — cała Polska się wstydzi, nikt z własnej woli nie odwiedza, chyba że w odzieży ochronnej i po serii szczepień. Informatyk z kolei będzie śmierdział potem i przynudzał, a jak zaprosisz go do siebie, to dobierze się co najwyżej do Twojego dysku. 


Jest jeszcze opcja instant. Walentynki są w sobotę, więc spokojnie w piątek możesz ruszyć w teren na rozeznanie. Nie szukaj podrywaczy ani flirciarzy, lepiej zawiń jakiegoś samotnika spod baru, bo oni są jak psy w schronisku — jak takiego weźmiesz do domu, to jest dozgonnie wdzięczny i ładnie chodzi przy nodze. Potem, zgodnie z typową polską szkołą, możesz go porzucić przy drodze albo przywiązać do drzewa w lesie.


Bez względu na to, którą z opcji wybierzesz, pamiętaj o tym, by nie zostać z niczym i w Walentynki siedzieć w domu jak taka ostatnia niechciana pizda, albo nie daj Boże iść na jakąś babską imprezę, podczas której będziecie udawać, że się świetnie bawicie i na zmianę po cichu płakać w kiblu. Jedyna impreza, na jaką możesz pójść, to impreza gdzie będą faceci — może wyrwiesz kogoś w ostatniej chwili i będziesz miała o czym opowiadać w robocie. Może jakoś przełkniesz fakt, że nikt nie zabrał Cię do restauracji, gdzie musiałabyś czekać czterdzieści minut aż kelner przyniesie Ci kartę.


Dużo miłości, Kochasie, pamiętajcie żeby porobić rezerwacje, bo z ulicy to raczej nigdzie Was nie wpuszczą, a głupio tak iść w Walentynki na kebsa. Całuski! 

środa, 14 stycznia 2015

Szort nius!

Widzicie, Polaczki? Jak mówiłam, że był, to nie wierzyliście! Widzicie to szczęście wypisane na jego twarzy? To radość z faktu, że to nie on musiał płacić za bilety lotnicze. Teraz wszystkie polskie gwiazdki mogą się schować. Teraz to nikogo na Adamczyka nie będzie stać. Spójrzcie raz jeszcze, tak wygląda facet, któremu się udało. W jego wieku podobnym rangą sukcesem może być tylko utrzymanie wzwodu przy kobiecie.

źródło: pudelek.pl

Ostatni takim wielkim sukcesem było zrobienie sobie dzieciaka z Colinem Farrellem — tak, już zawsze będziemy pamiętać, że to Alicja Bachleda-Curuś przecierała szlaki. A właściwie to Colin... American dream, zapiszcie sobie to słowo i płaczcie za każdym razem, kiedy uświadomicie sobie, że Was to nie dotyczy, podobnie jak umowa o pracę i godne warunki życia.

To by było na tyle, XOXO! 

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Najlepsze polskie komedie

Złote Globy rozdane! W tym roku zwycięzcami okazały się aż trzy polskie produkcje, mianowicie Kac Wawa, Wyjazd integracyjny oraz Ciacho. Dodatkowo cieszy fakt, że udało się zaoszczędzić na biletach lotniczych, bo do Hollywood wystarczyło wysłać Tomasza Karolaka, Tomasza Kota i Piotra Adamczyka. Podobno Woody Allen wyraził chęć współpracy z naszymi aktorami — wierzy, że skoro występują w każdej polskiej produkcji, to musi być coś na rzeczy. Trzymamy kciuki!


W oczekiwaniu na wieści zza oceanu dotyczące rzekomej współpracy, przyjrzyjmy się polskim komediom, które po prostu trzeba zobaczyć by oderwać się od szarej rzeczywistości, trochę pośmiać i na moment zapomnieć o tym, że za chwilę kończy nam się kuroniówka, a nie łapiemy na żaden inny zasiłek. Polskie komedie od lat pomagają ludziom uporać się z depresją, myślami samobójczymi czy obstrukcjami. Ponieważ polskich, dobrych komedii jest naprawdę wiele, skupię się tylko na tych z ostatnich kilku lat.


1. Kac Wawa (2012)
To właśnie na tym filmie wzorowali się twórcy amerykańskiego Kac Vegas — produkcji, której nie udało się powtórzyć sukcesu naszego rodzimego fenomenu. Kac Wawa to film bardzo spójny, przemyślany, klasyczny pewniak — tutaj ogromne brawa należą się Sonii Bohosiewicz, której uboga mimika twarzy wkurwia bardziej niż sam scenariusz. To coś więcej niż film — to opowieść o sile męskiej przyjaźni, polskiej wódki oraz przekonania, że nasz widz jest całkowicie pogodzony z jakością oferowanych mu produkcji filmowych i przyjmie wszystko z pokorą, o ile zagryzie to dużą ilością popcornu. W roli głównej mocno niedoceniany polski Leonardo Di Caprio, czyli Borys Szyc. Prawdziwa filmowa sławojka intelektualna.


2. Och Karol 2 (2011)
Produkcja, która nazywana jest polskim Dziennikiem Bridget Jones, która deklasuje wszystkie inne filmy o podobnej tematyce. Dodatkowo w Och Karol 2 występują wszystkie polskie aktorki: Anna Mucha, Małgorzata Socha (jeszcze z czasów, kiedy mogła ruszać twarzą), Katarzyna Zielińska, Katarzyna Glinka, Marta Żmuda-Trzebiatowska i Małgorzata Foremniak (na szczęście niewiele się odzywa). W głównej roli męskiej niezmiennie Piotr Adamczyk, czyli polski Johnny Depp. Film może poszczycić się licznymi nagrodami — już w dniu premiery obejrzało go ponad 750 osób w całej Polsce — głównie młodzieży szkolnej, której wychowawcy byli przekonani, że idą na film o polskim papieżu.


3.Ciacho (2010)
Po pierwsze, fenomenalna Marta Żmuda-Trzebiatowska. Po drugie, scenariusz na miarę Oscara. Po trzecie — siermiężne poczucie humoru, typowe dla polskich, kloacznych produkcji. To najbardziej czerstwe ciacho, jakie polscy twórcy ośmielili się nam zaserwować w ostatnich latach. Nie dajcie się zwieść myśli, że tam o coś w ogóle chodzi — oglądając polskie filmy już dawno powinniście się zorientować, że tam nie ma żadnej fabuły, a aktorzy wałęsają się po planie bez większego celu. Może właśnie to sprawia, że nasze produkcje odnoszą ogromny sukces za oceanem — filmy sprawiające wrażenie stworzonych przez pomyłkę, z budżetem podobnym do budżetu Radomia wciąż są nowością dla zagranicznego widza.


4. Wyjazd integracyjny (2011)

Katarzyna Glinka w bieliźnie — i więcej mówić nie trzeba. To bardzo udany chwyt polskich filmowców, mający skutecznie odwrócić uwagę widza i sprawić, by zakwestionował zasadność wyrzucenia telewizora przez okno. Ta produkcja to czarny koń polskiej filmografii — warto dodać, że jest to koń martwy. Jeśli lubisz filmy Tarantino, z pewnością podetniesz sobie żyły w dwunastej minucie Wyjazdu integracyjnego. To coś więcej niż wyjazd, to umysłowa zsyłka do kinematograficznego kraju trzeciego świata. Jeśli masz skłonności masochistyczne, koniecznie obejrzyj. Ponoć film zebrał pozytywne recenzje w szpitalach psychiatrycznych, na oddziale pacjentów po lobotomii. 


Jeśli macie swoje typy, oczywiście napiszcie o nich w komentarzu - niech świat się dowie! XOXO

czwartek, 8 stycznia 2015

Trendy na 2015 rok

Wszyscy wiemy, że Nowy Rok  jest jak Hanna Lis — najpierw się zaprzyjaźniacie, a potem zabiera Ci męża. Czy coś w tym stylu. 


Jak już się pośmialiśmy, to przejdźmy do meritum. W tym poście chciałabym omówić trendy na 2015 rok, żebyście wiedzieli co, gdzie i jak. Zacznijmy jednak od podstaw —  jak uniknąć szoku związanego z wejściem w rok 2015? Przede wszystkim zachowaj spokój, bo emocje są bardzo z zeszłego sezonu. By uniknąć ich okazywania, wstrzykujemy sobie dużo botoksu i już nikt nigdy nie dowie się, czy jesteśmy wkurwieni, czy uśmiechnięci.


Jeśli nadal nie powitałeś roku 2015 fajerwerkami, to spokojnie — istnieje szansa, że z wielkim hukiem wylecisz z roboty. Pamiętaj, że 2015 to rok bezrobocia, niespłaconych rat, zaciągniętych pożyczek i dożywotnich kredytów. Czyli coś, co doskonale znasz z ubiegłych lat.


W tym roku absolutnie nie rzucamy palenia, bo rzucanie palenia jest mocno z 2012. W tym roku rzucamy gluten, mięso i laktozę, chodzimy do barów wegańskich. Broń Boże nie pijemy latte z mlekiem sojowym, bo mleko sojowe to Kinga Rusin wśród napoi roślinnych — jest nudne, mdłe, modyfikowane genetycznie. Teraz pijemy latte z mlekiem kokosowym, z orzechów nerkowca lub ryżowym.


Pewnie zastanawiasz się, gdzie w tym roku jechać na wakacje. To zależy. Jeśli jesteś z południa Polski, to oczywistym wyborem jest Władysławowo, Mielno lub Ustka. Tam nikt nie zaskoczy Cię odmiennością kulturową, ekstrawagancją, językiem angielskim, ani nawet poprawną polszczyzną. I wbrew pozorom nadal będziesz miał możliwość kupienia sobie oscypka. Jeśli jesteś z północy, możesz jechać do Egiptu — doskonale odnajdziesz się w towarzystwie niezbyt inteligentnych i niezbyt czystych ludzi. Będziesz miał okazję chlać na umór, kupić Lacosty za pięć dolarów i schudnąć osiem kilogramów w dwa dni, jeśli tylko dopadnie Cię epicka zemsta faraona. Jeśli jesteś ze wschodu Polski to pewnie pojedziesz do najbliższej Castoramy żeby dokupić papę na przeciekający dach swojej lepianki. Resztę lata spędzisz próbując założyć kanalizację — jak co roku. Jeśli jesteś z Warszawy, jedź do Bułgarii, Rumunii, ewentualnie innego niezbyt popularnego kraju, którego Twoi koledzy z pracy nie potrafią wskazać na mapie.


Jak się ubierać? To zależy. Jesteście ze Śląska, to niezmiennie nosicie brudne, używane ciuchy, które przysłali Wam krewni z Niemiec. Jak jesteście ze wschodniej części Polski, to dalej ubieracie się adekwatnie do mentalności — na cebulę. Jak jesteście z Warszawy, to oryginalnie, czyli czapeczki beanie, obuwie New Balance, pikowana kurteczka. Nie kupujemy w Zarze, bo jest z 2013, ewentualnie kupujemy jeśli chcemy być vintage. Ubieramy się raczej w drogich sklepach, ale niezmiennie w poliester, akryl, poliamid, polietylen, styropian.


Gdzie imprezować? I znowu — wschodnia Polska jedzie na Woodstock, bo ludzie ze wschodu doskonale czują się wśród innych brudnych, spoconych ludzi walczących o puszkę Harnasia. Południe jedzie do Katowic na Energy 2000 — to dość symboliczne, bo właśnie w 2000 roku ostatni raz bezrobocie wynosiło tam mniej niż 70%. Warszawa bawi się wyłącznie w obrębie własnego miasta, bo tylko tam jest bezpiecznie, wiedzą jak zrobić mojito i rozumieją, że koszulka w serek to atrybut prawdziwego, heteroseksualnego samca. Północ jedzie do Sopotu, bo to nadal jedyne miejsce w tej części kraju, w którym nie wstyd się pokazać w sobotni wieczór.



Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, wątpliwości — piszcie śmiało, wszystko jak zwykle wyjaśnię. XOXO
Wszystkie teksty ukazujące się na blogu są mojego autorstwa i ich kopiowanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zdjęcia i gify pochodzą z wyszukiwarki obrazów google.