czwartek, 26 grudnia 2013

Święta, święta...

No i już prawie po Świętach. Święta to taki okres, kiedy każdy z nas puchnie z przejedzenia, ale i tak prosi o dokładkę. I co dalej, proszę Państwa? Sylwester za pasem! Tak, tak, za tym samym pasem, który aktualnie podtrzymuje wzdęty brzuszek. Pozostając w temacie nadmiernego nadęcia — czas przejść do ploteczek.

Jak co roku, w okresie okołoświątecznym celebryci publikują swoje prywatne fotki, na których wdzięczą się przy choince. W tym roku nie zawiodła nas Edytka Herbuś, nie zawiodła też rodzina Grycanów — chociaż w ich przypadku mam pewną wątpliwość, gdzie kończy się choinka, a zaczyna Marta Grycan. Choinką — a raczej swoim christmas tree pochwaliła się również Joanna Krupa. Na szczęście jej fabulous life możemy podziwiać nie tylko od Święta.

Nie zawiodła również ekipa z programu Warsaw Shore, starając się przesłać poprawne gramatycznie, stylistycznie i składniowo życzenia. Wzruszyły mnie również zdjęcia zza zachodniej granicy — zachodniej, czyli jak wiadomo, lepszej! Miley Cyrus kolejny raz pokazała język i załapała się za krocze, tym razem świątecznie, a Rihanna odpaliła skręta w stroju reniferka. Merry Christmas, hoe hoe hoe.

U przeciętnego Polaka już tak zabawnie i kolorowo nie jest. Dominuje barszcz, szarzyzna i pierogi z kapustą. Obowiązkowo musi pojawić się butelka Pepsi bądź Coca-coli — żeby choć raz w roku poczuć się jak obywatele Niemiec czy Francji, a nie jak kraj nietknięty przez cywilizację.

I kiedy ty walczysz z opakowaniem gotowego zestawu od Garniera, z szamponem i dezodorantem, gdzieś w lepszym świecie Kim Kardashian dostaje naszyjnik, którego cena przekracza nasze PKB.


Na szczęście Święta powoli dobiegają końca, w przeciwieństwie do potraw, które będziemy zajadać z sentymentem przez kolejne dwa tygodnie. Buziaki, stay tuned. 

wtorek, 17 grudnia 2013

Rozwód?

Choroba znowu mnie dopadła, mam więc więcej czasu na czytanie ploteczek. Dzisiaj rzuciła mi się w oczy jedna, o rzekomym rozwodzie Agaty Passent. Małżeństwo pani Passent przetrwało zaledwie siedem miesięcy i jeden wywiad w Vivie. Oczywiście, nie tylko pani Agara nie miała szczęścia — znacznie więcej gwiazd rozwiodło się w roku pańskim 2013, z różnych przyczyn. I ja się właśnie nad tymi przyczynami zaczęłam zastanawiać.

Męża co prawda nie mam, nie zanosi się, żeby ten stan rzeczy miał się zmienić. Moich zdjęć ślubnych nie kupi żadna gazeta, nawet lokalna, więc tym bardziej nie mam w tym temacie żadnego interesu. Wyobrażam sobie jednak, że istnieje wiele powodów, dla których ludzie ślub biorą — ale dlaczego biorą rozwód?

Rozwód może być, rzecz jasna, medialny. Może się trafić jakiś soczysty wywiadzik, albo relacja live z sali sądowej. Podejrzewam jednak, że dla pięciu minut sławy nikt rozwodu nie bierze, jeśli nie jest Edytą Górniak. Drobna złośliwość, hi hi.

Ludzie czasami przestają się kochać, czasami nawet na długo przed ślubem. Dla niektórych kobiet ślub ma być receptą na nieudany związek, który — zgodnie z ich magicznym, babskim tokiem myślenia — po tymże ślubie będzie idyllą. Nie jest. Jeśli coś nie działa przed, nie będzie działało po. Niektórym jednak potrzeba kilkunastu tysięcy wywalonych w błoto i zmarnowanych kolejnych kilku miesięcy życia, żeby się o tym przekonać.

Rozwód nie może być rzeczą przyjemną. Pół biedy, jak da się sprawę załatwić polubownie. Gorzej, jak z rozwodu robi się pranie brudów, wzajemne rzucanie oskarżeń i walka o każdą pierdołę, po złości. Rozwody wyzwalają w ludziach najgorsze instynkty.

Pewnie wiele rozwód ma miejsce z powodu zdrady. To dość klasyczna przyczyna rozpadu wielu związków. I całkiem uzasadniona. Wiele małżeństw kończy się w momencie, kiedy na horyzoncie pojawia się osoba trzecia. Zapytajcie Monikę Morozowską — wspólne gotowanie na wizji wydawało się być romantycznym pomysłem, dopóki Monika nie poleciała na kamerzystę. Bo zupa była za słona. Nie zapominajmy też o Tomaszu Lisie, który, bez względu na swój stan cywilny, połasił się na koleżankę z branży. Lisek-chytrusek.

Powodem rozpadu związku może być niezdrowa rywalizacja, jak w przypadku Małgorzaty Rozenek i jej małżonka. Dopóki on był tym, którego zdjęcia drukuje się w prasie, było dobrze. Potem pani Rozenkowa postanowiła zrobić karierę i bach! małżeństwo rozpadło się. Oczywiście, przyczyna mogła być zupełnie inna, ale zamach na rozbuchane, męskie ego z pewnością przyczyną może się stać.

Jak się rozwodzić, to najlepiej z klasą, bez kamer, wywiadów i wylewania wiadra pomyj na głowę byłego partnera. Tylko pytanie, który pismak to kupi?

Pozdrawiam i jak zawsze, stay tuned.

wtorek, 10 grudnia 2013

Przegląd prasy

Czas na subiektywny przegląd prasy. Czym żyją aktualnie media? Zaraz się przekonamy! 

Najwyraźniej upokorzenia trudno znosić w milczeniu, bo Piotr Zelt ze swoim poleciał prosto do gazet. Okazało się, że jego dziecko wcale nie jest jego. Publiczne kwestionowanie ojcostwa? Trochę odgrzewanie starego kotleta, ale to nadal dość smakowity kąsek pośród tych wszystkich mdłych newsów z dupy.

Czy Małgorzata Rozenek zrobiła Radkowi Majdanowi test białej rękawiczki? Całkiem możliwe. Pytanie, czy Majdan strzelił gola do jej bramki. A może nie wpuściła go na swoją idealnie przystrzyżoną murawę?

Pozostając przy temacie — Marina Łuczenko uległa urokowi Wojciecha Szczęsnego. Pokazała wspólną fotkę na Instagramie, więc sprawa jest całkiem poważna. On jest znanym piłkarzem, ona jest znana. Piękna miłość, z wieloma zerami w tle. Jednym z nich jest liczba osiągnięć muzycznych naszej ślicznej Marinki.

Ewce Chodakowskiej puszczają nerwy. Dziewczyna napięła się nieco bardziej niż zwykle i wdaje w niepotrzebne dyskusje z hejterami. Prasa plotkarska ma pożywkę i niejednemu redaktorowi pewnie puszczają mięśnie, o których Ewka nie wspomina, czyli zwieracze.

Honorata Skarbek, Dawid Kwiatkowski — mówią wam coś te nazwiska? Mnie też nie. Ale ostatnio przewijają się w mediach. Honorka podobno jest blogerką, która dodatkowo śpiewa, a Dawidowi, co gorsza, zdarza się też wypowiadać. Ponoć stanowczo odcina się od porównań do Justina Bibera.

Edytka Herbuś nadal pozuje na każdej ściance.

Jej urocza imienniczka, Edyta Górniak, snuje teorie spiskowe dotyczące tragicznego wypadku Paula Walkera. Według naszej gwiazdy, jego śmierć nie jest dziełem przypadku i ma związek z tajemniczą działalnością istot pozaziemskich (?). W każdym razie, Antoni Macierewicz z pewnością radośnie klaszcze w dłonie i kto wie, być może zaprosi Edytkę do jednej ze swoich komisji śledczych.


I to by było na tyle, pozdrawiam, stay tuned

środa, 27 listopada 2013

Nie bądź zdzirą!

Dzisiaj będzie na poważnie.

Naszła mnie taka refleksja, taka złość właściwie dopadła — kurde, dziewczyno, nie musisz być zdzirą! Wbrew powszechnej modzie na pokazywanie łechtaczek, międzydupia i sutków, wcale nie musisz epatować swoim nagim ciałem, żeby zainteresować sobą facetów. Owszem, jeśli jesteś nieokrzesaną pindą, nie ma sensu zgrywać damy. Jeśli jednak nie jesteś głupia, ani nie chcesz być głupia, to nie próbuj nawet kopiować zachodnich trendów i naśladować Kim Kardashian, Miley Cyrus czy całego pochodu naszych rodzimych medialnych zdzir.

Problem polega na tym, że nie chodzi mi o cały feminizm, o walkę o nieogolone pachy i o to, żeby kobieta nie kojarzyła się facetom ani z kotletem, ani z oralem. Chodzi o to, żebyśmy same miały do siebie szacunek i nie zachowywały jak niewykształcone chłopki, które klną, ćpają i piją na umór.

Miliony lat ewolucji tylko po to, żeby w tanim reality show bzyknąć się z facetem, do którego wypowiedzi trzeba dodawać napisy. Nie wiem, albo jest po lobotomii, albo to coś z dykcją. Coś poważnego. Tak, chodzi mi o ten program, o którym wszyscy teraz mówią. Obejrzałam dwa odcinki. Zachowanie męskiej części uczestników specjalnie mnie nie żenuje — o istnieniu kolesi z wytatuowanymi trajbalami, którzy obmacaliby własną siostrę z braku lepszej opcji, mniej więcej wiedziałam i nie razi mnie ani przybijanie piątki po zaliczeniu panienki, ani chlanie do nieprzytomności.

Co mnie naprawdę zaskoczyło, to postawa pań w owym programie. Istna trzoda, jak Bóg mi świadkiem. White trash to zbyt delikatne określenie. Oczywiście każda ma farbowane kłaki, co najmniej jedną kieckę w panterkę i tipsy, które w mojej opinii uniemożliwiają podtarcie własnego tyłka, nie mówiąc o innych codziennych czynnościach. Panny klną, piją, całują na zmianę z tym samym facetem, lądują w łóżku z pierwszym gościem, jaki się nawinie. Nie mam pytań.

I tak sobie siedzę i myślę, że przecież wcale nie musisz być zdzirą, żeby faceci dostrzegli twoją obecność. No dobra, jeśli twoim targetem jest taki koleś, jakich tam pokazują, to masz moje błogosławieństwo, ty i twoja przykrótka kiecka w lamparci princik. Jeśli jednak jesteś mądrą dziewczyną, nie zachowuj się jak te przytępione celebrytki, dla których publikowanie zdjęć tyłka jest metodą na pozyskanie uwagi.


Nie chodzi tylko o celebrytki zresztą. Odnoszę wrażenie, że niewiele kobiet rozumie, że kobiecość nie polega na wywalaniu wszystkiego na wierzch, epatowaniu seksualnością. Szkoda, że marnujemy swój potencjał, szukamy potwierdzenia atrakcyjności w zagrywkach typu publikowanie roznegliżowanych fotek na portalach społecznościowych. Coś poszło nie tak, naprawdę. Tysiące lat ewolucji, a niektóre z nas nadal nie zeszły z drzewa.  

czwartek, 21 listopada 2013

Jak podkręcić popularność?

Szołbiznes jest bezlitosny. Najpierw pochłania bez reszty, a potem niespodziewanie wypluwa gdzieś poza czerwony dywan. Niemniej, raz zasmakowawszy sławy, ciężko z niej zrezygnować. I dlatego gwiazdy tak zawzięcie walczą o uwagę mediów i przedłużenie pięciu minut sławy.


Wśród najbardziej zdesperowanych — niezmiennie — Edytka Herbuś. Jak donoszą portale plotkarskie, Edytka pojawia się na każdej imprezie, na jaką dostanie zaproszenie. Aż się boję postawić w mieszkaniu ściankę działową — a nuż pojawi się Edzia i zacznie mi pozować, z przyzwyczajenia.


Idealnym sposobem na podkręcenie popularności jest wspólna sesja okładkowa dla Vivy! okraszona wywiadem, w którym celebrytka wraz z partnerem rozpływa się nad tym, jaki ich związek jest cudowny, duchowy i metafizyczny, oraz co lubią robić w sypialni. Druga opcja to sesja rozwodowa i wywiad pełen rozgoryczenia, w którym gwiazda poniża byłego partnera, a nade wszystko — samą siebie.


Występ w telewizji śniadaniowej również daje szansę zyskania pięciu minut sławy. Można poudawać eksperta w jakiejś dziedzinie, albo po prostu założyć nóżkę na nóżkę i pośmiać się z żartów prowadzących. I tak nikogo nie obchodzi co masz do powiedzenia, ale za ile kupiłaś tę kieckę, prawda?


Zmiana partnera to dobry sposób na zainteresowanie sobą mediów. Dobrze, żeby partner był młodszy od poprzedniego, a najlepiej, żeby nadal był cudzym mężem. Wersja dla panów — szukamy koniecznie dużo młodszej od siebie partnerki. Dobrze, jeśli szybko zajdzie w ciążę, wtedy sesja okładkowa murowana, ale uwaga! Upewnij się, że to twoje dziecko. Polecam, Piotr Zelt.


Jeśli nie jesteś Karolakiem, Adamczykiem ani Szycem, ciężko będzie dostać rolę w kolejnym żenującym polskim filmie. Możesz jednak próbować w serialach — wiadomo, że jak już się zaczepisz, to zostajesz przez następne dwa tysiące odcinków. Minusem jest jednak fakt, że podczas prezentacji ramówki musisz się podzielić ścianką z resztą ekipy. Edyta, oddychaj, oddychaj głęboko!



Gwiazdom, którym nadal brakuje pomysłu na podkręcenie swojej popularności, polecam skandale. Można wdać się w gorący medialny romans, pokazać krocze na czerwonym dywanie albo lizać plastikowe penisy podczas koncertu. Grunt to determinacja i odpowiedni poziom desperacji! 

środa, 13 listopada 2013

Cmentarniany savoir-vivre

Pierwszy listopada co prawda już dawno za nami, ale z braku czasu kwestię mogę obgadać dopiero teraz. Wieloletnia obserwacja zwyczajów Polaków odwiedzających groby bliskich sprawiła, iż odczułam potrzebę wystosowania pewnego rodzaju poradnika, jak się zachować, w co ubrać i o czym rozmawiać nad rodzinnym grobowcem.


Pierwszym ważnym elementem jest necro-decor, czyli zadbanie o odpowiednie ustawienie zniczy na grobie. Ponadczasowa symetria nadal jest w modzie. W przypadku wieńca, liczy się oczywiście jego wielkość. Małe wieńce to domena ludzi z niższych klas społecznych. Wbrew szalejącej modzie pro-eko, wieńce kładziemy w tym sezonie na reklamówce, a nie — jak w poprzednim sezonie — na gazecie. Dobrze, jeśli jest to reklamówka z Almy, opcjonalnie Piotra i Pawła. Ubogiej rodzinie zostawiamy worki z Lidla i Tesco.


Niemniej ważny jest cmentarny outfit of the day, potocznie zwany strojem dnia. Podobnie jak w ubiegłych latach, wśród pań popularnością cieszą się płaszcze z futerkiem, kapelusze z rondem i kozaki z CCC. Panowie doceniają prostotę polietylenowych kurtek oraz szlachetny charakter kaszkietów z bazarku.


Kolejny element to cmentarny small talk, czyli cmentarne pogaduszki. Najpopularniejsze tematy to polityka, narzekanie na kryzys, przechwałki dyplomami dzieci oraz zagranicznymi wakacjami. W modzie nadal jest komentowanie ustawienia zniczy i ceny wieńców. To również dobry moment na pochwalenie się nowym autem.

Ostatni ważny trend to instagraveyard, czyli pamiątkowe zdjęcie z cmentarza. W tym roku trend ten promują również gwiazdy, chociażby Doda, która wdzięcznie pozuje przy nagrobku. Pamiętajmy jednak, jak ważna jest poza — aby wyglądać smukło niczym granitowa płyta, ustawiamy się do zdjęcia boczkiem, plecki wyprostowane, znicz przyciśnięty do piersi. Nie uśmiechamy się, nie wypada — raczej staramy się osiągnąć efekt zadumy.


Uwaga! W tym sezonie tęsknym wzrokiem spoglądamy w stronę zachodu i chcąc nawiązać do pięknej i jakże bogatej tradycji Halloween, nagrobek dekorujemy efektownym lampionem z dyni. W tym samym celu nie oczyszczamy go z pajęczyn. Słodkości dla dzieci kupujemy na przycmentarnym targowisku.


I to by było na tyle, Kochani, mam nadzieję, że moje porady w przyszłym roku pozwolą Wam dobrze wypaść przy okazji wizyty na cmenatrzu!  

wtorek, 12 listopada 2013

Jak zarabiają celebrytki?

Sytuacja jest tego rodzaju, że dopiero zaczęłam swoją karierę (haha!) zawodową, a pierwsza pensja występuje na moim koncie raczej w formie żartu. I aby na moment zapomnieć o tym, że w tym miesiącu nie jem, postanowiłam napisać o ludziach, którzy takich żałosnych problemów nie mają — czyli o celebrytach, jakże by inaczej!


Celebryci mają swoje sprawdzone metody na zarabianie kasy, o której przeciętny Polak może co najwyżej pofantazjować. I tutaj szkół jest kilka, bo co gwiazda to inny pomysł. Jedną z metod jest na Muchę. I nie chodzi nawet o to, że robisz gówno, a kasa spływa. Chodzi o to, żeby robić to, co robiłaś do tej pory, ale w ciąży. Ciąża to jest takie magiczne zaklęcie celebrytek, bo nagle wszystkie pisemka i plotkarskie portale chcą o tobie pisać. Projektujesz kocyki, pozujesz z brzuchem na okładce, opowiadasz jak cudownie być matką i voila!


Jeszcze skuteczniejsza jest metoda na Liszowską, czyli znajdujesz bogatego Szweda, który opłaca wszystkie twoje zachcianki, chociaż do tej pory ze Szwecją kojarzyłaś tylko Ikeę. Liszowska nie musi robić kompletnie nic, ale chyba się mocno nudzi, bo w muzycznym szoł siedzi i trzepie włosami. Pewnie zastanawia się przy okazji, co dostanie od męża za urodzenie kolejnego dziecka.


Metoda na Edytkę Herbuś jest może mniej spektakularna, ale nadal skuteczna. Polega ona na ciągłym lansowaniu się na bankietach, pokazach, premierach i wszędzie tam, gdzie ktoś może ci cyknąć fotkę. Edytka jest zawzięta i zdenerminowana, a na swoich szczupłych nóżkach naczelnej tefałenowej tancereczki potrafi obskoczyć kilka eventów jednego wieczoru!


Jeśli nie masz ani brzucha, ani bogatego faceta, ani zdrowia do biegania z imprezy na imprezę, możesz napisać książkę. To jedna z najmodniejszych ostatnio metod dorabiania na boku przez osoby o znanych nazwiskach. Gorącym trendem jest wywlekanie rodzinnych brudów, ale oczywiście sprawdzi się też pisanie o swoim życiu seksualnym.


Póki co o moim nikt czytać nie chce, więc niech żyje bieda.  

wtorek, 5 listopada 2013

Jak przeżyć bez faceta?

Bez faceta NAPRAWDĘ da się żyć. Serio.
A para męskich gaci w łazience nie jest gwarantem poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji. Nie wierzysz?


Dobra, jeśli jesteś celebrytką, to faktycznie, bez faceta może być ciężko. Nie ma z kim pozować na ściance, nie ma z kim udzielić wywiadu Gali i opowiadać o tym, jak się kochacie i jak sobie spijacie z dzióbków. Nie ma z kim pójść do telewizji śniadaniowej. Z kolei pojawienie się w mediach z nowym amantem podbija popularność i gwarantuje przynajmniej ze trzy artykuły na Pudelku. I elegancko nabija kobzę.


Jeśli jednak nie jesteś celebrytką, nie musisz faceta koniecznie posiadać. Dlaczego kobiety mają z tym faktem problem i panicznie boją samotności? Może dlatego, że cholernie się nudzą, kiedy zostają same. Jeśli twoim jedynym zainteresowaniem jest to, co akurat robi misiaczek, to nic dziwnego, że zostawiona sama ze sobą, będziesz cierpiała. Rada jest prosta: zacznij robić coś TYLKO dla siebie!


Dobrze jest mieć jakieś zainteresowania, coś, co jest tylko twoje i co doskonale wypełnia ci czas wolny. Jest jedna zasadnicza różnica między nami, kobietami, a mężczyznami — otóż oni, wchodząc w związek, nie porzucają wszystkiego tylko dlatego, że w ich życiu pojawiła się kobieta. Kobiety z kolei całe swoje życie owijają wokół piętnastu, może siedemnastu centymetrów zlokalizowanych w jego spodniach. Błąd.


Z jakiegoś powodu kobiety wolą najbardziej beznadziejny, kulejący związek niż życie w pojedynkę. Bez faceta czują się niekompletne i niedowartościowane. W każdym nowo poznanym facecie widzą potencjalnego kandydata na męża. I niestety, sukcesywnie zaniżają standardy, aż jedynym kryterium wyboru staje się to, że jest to po prostu jakiś facet. Przy czym jakiś najczęściej oznacza egzemplarz mocno wybrakowany.


Jeśli nie potrafisz wytrzymać sama ze sobą, jak możesz stworzyć szczęśliwy związek? Desperatki, kobiety uzależnione od męskiej obecności, idealnie sprawdzają się w patologicznych układach i pseudo związkach, bo zniosą wszystko, byle tylko nie zostać bez faceta. Jeśli chcesz tego uniknąć, musisz nauczyć się być kobietą samodzielną i samowystarczalną, której życie nie kończy się wraz z końcem związku.


I zanim następnym razem wpuścisz do swojego życia jakiegoś patałacha, zastanów się, dlaczego nie kochasz samej siebie tak, jak powinnaś.


piątek, 25 października 2013

Seks po polsku

Wyczytałam na Pudelku, że Dżoana Krupa nie jest zadowolona ze swojego pożycia małżeńskiego. Jej seks nie jest hypnotajzing, nawet kiedy jej ukochany, w ramach gry wstępnej, naciera ją milionami dolarów. Zaskakuje fakt, że punkt G naszej Dżoany nie znajduje się na karcie kredytowej jej męża.


Podobnych problemów nie ma moja ulubienica, Monisia Richardson. Jakiś czas temu, przy okazji prowadzenia jakiegoś programu, Monisia przyznała, że robiła „to” dwa dni wcześniej, w sypialni. Pytanie, czy Zbyszek maczał w tym palce (i nie tylko palce) zbyła infantylnym uśmieszkiem. Nieomieszkała również poinformować, że uciechom cielesnym woli oddawać się z rana. Faktycznie — codziennie rano pieprzy głupoty w telewizji śniadaniowej.


Kolejna celebrytka, Doda, o swoim seksie mówi wprost i zapewnia, że jest on dokładnie taki, jak ona sama, czyli ostry, wyuzdany i prymitywny. Podobnie ma się sprawa w przypadku Natalii Siwiec, która lubi być wiązana. Osobiście uważam, że jakiś knebelek przydałby się jej na co dzień.


Wieść niesie, że Edytka Herbuś pozostaje w wolnym związku ze swoim egzaltowanym partnerem, co w skrócie oznacza możliwość sypiania z kim popadnie, z której jej ukochany z pewnością ochoczo skorzysta. Nie wiadomo, czy Edytka znajdzie czas na romanse, między kolejnym pozowaniem na ściance a wizytą w telewizji śniadaniowej.


O seksie chętnie mówi też Ania Mucha, płynnie przechodząc w tematykę macierzyństwa. Gwiazdka jest żywym dowodem na to, że seks kończy się ciążą i projektowaniem kocyków. Ma dziewczyna łeb do interesu. Nie tylko swojego partnera.


Sądząc po szczerych wyznaniach celebrytek, z seksem Polaków nie może być aż tak źle — i tylko teoretycznie statystycznemu Kowalskiemu brakuje albo czasu, albo chęci. Pozostaje wierzyć, że utrzymująca się tendencja dzielenia się swoim życiem seksualnym w mediach pozytywnie wpłynie na odbiorców po drugiej stronie ekranu, tudzież monitora. I zainspiruje do wzmożonego działania! 

wtorek, 22 października 2013

Z miłości do zachodu!

Nie od dziś wiadomo, że wszystko co polskie jest gorsze. Idąc dalej tym tropem, generalnie należy się bezwzględnie wstydzić, że się nie urodziło w Ameryce, albo przynajmniej jakimś cywilizowanym kraju Europy — oczywiście zachodniej. Na wschód należy spoglądać raczej z pogardą.


Jedynym miastem, które ratuje honor Polski, jest stolica. Warszawa to mekka blogerek, faszionelek i jutuberów, a także wszystkich ludzi, którzy chcą zrobić zawrotną karierę. Najbardziej porządana jest kariera w korporacji, gdzie szef zwraca się do ciebie nazwą działu, bo nie obchodzi go twoje nazwisko i nawet nie próbuje go zapamiętać. Pomyśl, jaką zazdrość wzbudzisz wśród znajomych mówiąc, że do roboty jeździsz metrem!


Z drugiej strony, największą wiochą, zgodnie z aktualnymi trendami, jest mieszkanie w Radomiu i na Podlasiu. Większość ludzi nawet nie wie, gdzie jest Podlasie, ale krąży pogłoska, że nie ma tam dróg asfaltowych, a każdy mieszkaniec porusza się traktorem.


Poczucie wyższości i pogarda wobec innych to pierwszy krok ku wyśnionej westernizacji. Można to zaobserwować zwłaszcza u rodaków pracujących za granicą, którzy po powrocie do kraju daje kolegom potrzymać pięćdziesiąt euro, żeby ich upokorzyć.


Języka polskiego też generalnie należy się wstydzić i wystrzegać, jeśli nie chcesz brzmieć jak chłop pańszczyźniany. Dobrze jest operować angielszczyzną, która jest zdecydowanie bardziej medialna niż język polski, kojarzony z biedą, pierogami i komuną.


Niestety, z angielskim problem jest taki, że niewiele osób potrafi operować nim na poziomie pozwalającym uniknąć żenady. Ale pamiętajmy, że lepsza kaleka angielszczyzna, niż ten nieszczęsny język ojczysty, którego użycie zdradza, że jesteśmy zaściankiem.



Jeśli jesteś blogerką, czy tam faszionelką, to powinnaś przynajmniej opanować podstawowe zwroty, takie jak: haul, outfit of the day, New York  czy barter. Możesz oczywiście próbować posługiwać się językiem, nie znając go, tak jak Ewa Minge, była Miss Polonia Maria Nowakowska, czy nasza modna poliglotka, blogerka Charlize.


 Nawet jeśli potrafisz wyrecytować treść napisów  z drogich ciuszków czy poprawnie wymówić nazwisko projektanta, nie możesz czuć się pewnie — chyba, że twój angielski pozwala ci poprawnie wyartykułować nazwę twojego bloga. Wówczas możesz spać spokojnie.

piątek, 18 października 2013

Przegląd plotkarskiej prasy

Choroba przygwoździła mnie do łóżka, ale nie ma tego złego, bo przynajmniej znalazłam czas na napisanie kolejnego posta. Tym razem zapraszam na przegląd najważniejszych wydarzeń z całego mijającego tygodnia.


Angelika Fajcht to jedno z gorętszych nazwisk tego tygodnia — najpierw dała się obmacać Wolińskiemu w Top Model, potem zasłynęła jako stojak na gitarę w Dzień Dobry TVN. Jakby tego było mało, udzieliła wywiadu, w którym stwierdziła, że chce „iść na doktorata”. Generalnie laska ma problemy z dykcją, do tego sprawia wrażenie osoby, której trzeba przypominać o oddechu. I żeby ubrała spodnie jak idzie do telewizji.


Rysio Kalisz został ojcem! Jak sam przyznaje, dziecko jest dziełem przypadku. Podobne wrażenie można odnieść w kontekście kariery politycznej tatusia. Okazuje się, że pan Kalisz od kobiet nie stroni, czego oczywiście nie ukrywa. Paniom z otoczenia pana Kalisza zalecam trzymanie kolanek razem, a jemu samemu — języka za zębami.


Rafał Maserak ostro popłynął przy okazji wizyty w Toruniu, tym razem na parkiecie w jednym z lokalnych mieszkań. Zwymyślał nie tylko poirytowanych jego zachowaniem sąsiadów, ale i funkcjonariuszy na służbie. Pamiętajcie — alkohol i przerośnięte ego to kiepskie połączenie.


Monika Richardson dostała nowego partnera w telewizji śniadaniowej. Zbyszek najwyraźniej zbytnio zlewał się z kanapą. Mam jednak nadzieję, że Monisia przytarga czasami Zbyszka na jakiś bankiet, żeby zapozować na ściance.


Dwie kobiety Jarosława Kreta spotkają się w jednym programie! Była partnerka Jarosława, Agata Młynarska, poprowadzi program z jego obecną miłością, Beatą Tadlą. Panie zapewne ostro będą rywalizowały o miano tej lepszej kretynki — czy tam kretowej, nie pamiętam, jak to się odmienia.


Kim Kardashian pokazała tyłek w Internecie. Wiadomo, że nie pierwszy raz! Tak czy siak, jej partner, Kanye West skomentował fotkę sugerując, że zamierza z ukochaną spółkować. Romantycznym wyznaniom nie ma końca — ostatnim razem zadedykował jej piosenkę „Perfect bitch”. Pozostawię do bez komentarza.


Tomasz Lis ma kłopoty po tym, jak na swoim blogu dopuścił się kryptoreklamy pewnego napoju izotonicznego. Nie spodobało się to Komisji Etyki TVP. Pewnie skończy się na naganie, a nasz Lisek — chytrysek wiele na niefortunnym posunięciu nie zyska.   

czwartek, 10 października 2013

7 grzechów głównych lokali gastronomicznych

Dzisiejszy post pojawi się dzięki uprzejmości mojego operatora, który pozwala mi korzystać z gównianej prędkości internetu — przy okazji, nie spodziewajcie się gifów, przy tym transferze mogę co najwyżej grać w pasjansa online.

Ale ja nie o tym.

Nie będzie nawet o blogerkach, ani jutuberkach, bo chyba każdy ma już tego tematu dosyć i jest medialnie wyeksploatowany jak Edyta Herbuś.
Będzie o jedzeniu, konkretnie o restauracjach i mojej frustracji związanej z bywaniem w lokalach gastronomicznych.

Żeby nieco nakreślić sytuację — mieszkam w mieście studenckim, a mieszkańców jest podobnież dwieście tysięcy. Restauracji, knajp, jadłodajni teoretycznie jest sporo, ale w praktyce często mam problem, gdzie zjeść — za to doskonale wiem, gdzie jeść nie chcę.

Opiszę więc swoje refleksje dotyczące lokalnych knajp — czyli siedem grzechów głównych lokali gastronomicznych.

Po pierwsze — mikrofalówka. To ulubione słowo właścicieli restrauracji i kucharzy. Bardzo często zdarza się, że dostaję jedzenie po pięciu minutach od złożenia zamówienia i od razu wiem, że była grana mikrofala. Jedzenie jest mocno zmęczone, widać to zwłaszcza na przykładzie mojego ukochanego szpinaku — nie ma bata, szpinak odgrzany zawsze da znać, że świeży nie jest. Zresztą, czego spodziewać się po knajpie, która ma w menu wszystkie kuchnie świata.

Po drugie — brud. O ile podłoga zwykle jest przecierana zdechłym mopem, o tyle ścieranie kurzy nie jest mocną stroną osób, które się tym w knajpie zajmują. Moim hitem są zakurzone wiechcie sztucznych kwiatów stojące na stołach i brudne okna. O brudnych toaletach nie wspomnę.

Po trzecie — glutaminian sodu. Tutaj prym wiodą knajpy z kuchnią chińską, gdzie glutaminian walczy o dominację z pangą. Dziwię się, że w czasach, kiedy mamy dostęp do wszystkich przypraw świata, świeżych i suszonych, komuś chce się bawić w dziwne pochodne proszku do prania.

Po czwarte — sztućce. Rzadko udaje mi się dostać w knajpie sztućce, które nie wyginają się podczas użytkowania albo nie są tępe jak spojrzenie Natalii Siwiec. Jeśli dostaję w restauracji solidne sztućce, jest dobrze.

Po piąte — przystawki. Zwykle zwyczajnie ich nie ma, ale jest taka jedna knajpa w mieście, gdzie dają coś, co wygląda jak suchy brzeg pizzy, a do tego olej w karafce, który ma udawać oliwę. Litości!

Szóste — ceny. W więszkości przypadków nijak się  mają do jakości, bo jak dostaję za dwie dychy odgrzewany makaron z sosem grzybowym, w którym są pieczarki i nic poza tym, to mnie szlag trafia.

Siódme — menu. Jak wspomniałam, zwykle mamy do czynienia z niezbyt logiczną mieszanką, od pizzy po karkówki czy tradycyjne polskie dania, czyli dużo i miernej jakości. Pomijam już błędy w menu, zarówno w języku polskim, jak i angielskim, bo tego nawet komentować nie mam siły. Z jakiegoś powodu właścicielom restauracji wydaje się, że lepiej mieć wszystkiego po trochu niż specjalizować w kilku daniach.

Mam nadzieję, że nie zapomniałam o niczym. Poczułam ogromną ulgę, że mogłam sobie trochę pobiadolić po długim, ciężkim dniu, w którym próżno było szukać czasu na dobry posiłek! 

niedziela, 6 października 2013

Między ustami a brzegiem... młotka

Cały świat otwarcie potępia niewłaściwe zachowanie byłej gwiazdki Disney’a, Miley Cyrus, to może i ja dorzucę swoje trzy grosze. W zasadzie to jakoś specjalnie sprowokowana się nie czuję — nie oszukujmy się, te szlaki są już dawno przetarte, głównie pośladkami podobnych do niej gwiazdek. Lizanie młotka w teledysku jakoś nie wstrząsa moim konserwatywnym umysłem ani nie godzi w moje wydelikacone poczucie smaku.


Dlaczego zachowanie Miley uważam za uzasadnione? Jest co najmniej stosowne do okazji, jaką jest bycie częścią show biznesu. Pokazanie — pardon wyrażenie —  dupy to najprostsza droga do zwrócenia na siebie uwagi. Wystarczy spojrzeć na nasze rodzime podwórko — jeszcze niedawno pewna urocza, lekko zabotoksowana panna pokazała swoje wargi sromowe, a dzisiaj gra w serialu, i to głównie twarzą. Kilka miesięcy temu inna anonimowa aż do dnia zdarzenia panienka, zyskała swoje pięć minut w mediach pozując do zdjęć z gołym tyłkiem na wierzchu — i nie jest to metafora. Dlaczego więc kogoś miałoby oburzać wspomniane już lizanie młotka?


Inna sprawa, że ocieranie się kroczem o jakiegoś pana w ramach szeroko pojętego artystycznego performensu jest dość słabe. Śmiem twierdzić, że sam zainteresowany specjalnie zaskoczony nie był — umówmy się, to nie pierwsza laska, która ocierała się o krocze Robina Thicke. W każdym razie rozumiem, że Miley chciała zszokować skostniałą, konserwatywną Amerykę, której nie razi dziecięca otyłość, sztuczna opalenizna i wyciekające porno taśmy gwiazd, ale oburza wytykanie publicznie języka.


Zresztą, Miley jeszcze daleko do jej nieco starszej koleżanki, Rihanny. Ta to dopiero potrafi popłynąć — ćpanie, zamawianie prostytutek do hotelu, teledyski z półnagimi tancerkami…. Myślę, że Miley ciężko będzie to przebić, nawet nieszczęsną kulą, na której buja się nago w swoim teledysku. Rihanna nadal dzierży berło pierwszej zdziry przemysłu muzycznego, i zapewne łatwo zdetronizować się nie da.


Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak zwane piosenkarki idą w tę stronę — taniej pornografii, pokazywania sutków, potrząsania tyłkiem, uprzedmiotowienia z bardzo słabym podkładem muzcznym w tle. Mam wrażenie, że gwiazdkom kończą się pomysły, co tu zrobić, żeby odwrócić uwagę od miernego tekstu i banalnej melodii. Myślę, że niebawem się tego dowiemy, być może nawet od samej Miley. 

czwartek, 3 października 2013

Ludzie z facebooka

Tak, to będzie post z czystej złośliwości. Taka luźna obserwacja dotycząca facebooka, a dokładniej ludzi, którzy z niego korzystają. Podzieliłam ich na kilka typów - jeśli macie swoje, koniecznie dajcie mi znać w komentarzach! No to po kolei: 

1. Ekshibicjonistka. Jak sama nazwa wskazuje, lubi być podglądana. Każde jej wyjście jest rzetelnie relacjonowane, a każda zmiana nastroju doczeka się stosownej adnotacji. Wiem, w jakiej knajpie była z chłopakiem, co zjadła, jak to jedzenie wyglądało, na czym była w kinie, co przeczytała, czego słucha i jakie jej życie jest fabulous. Jest mistrzynią koloryzowania faktów.   


2. Modelka. Modelka wstawia codziennie swoje zdjęcie, każde opatrzone jest wyświechtanym cytatem z Paulo Coelho, albo innego literackiego giganta, którego mądrość wypluje google. Na każdym zdjęciu pozuje z tą samą miną, bo jest najkorzystniejsza. Do tego studiuje socjologię, europeistykę i politologię, więc jest nie tylko piękna, ale i wszechstronnie wykształcona.


3.Słodka parka. Słodka parka wstawia sobie wzajemnie słodkie komentarze z buziaczkami, lajkuje wzajemnie zdjęcia, wyznaje miłość, a po kłótni każde z nich zmienia status na wolny, wrzuca smutne piosenki Verby i liczy na wsparcie znajomych.


4. Ziom. Ziom wstawia na facebooka zdjęcia swojego stuningowanego golfa w gazie, opcjonalnie passata w dieslu i licytuje z kumplami, który więcej wyciągnął na wiejskiej żwirowej drodze. Największą radością imprezowicza jest weekendowa najebka, najlepiej opatrzona zdjęciami. Zacięcie walczy o darmową wejściówkę na piana party w lokalnej dyskotece.


5. Mamusia. O jej ciąży dowiadujemy się szybciej niż ojciec dziecka, a kiedy dzieciak pojawi się na świecie, jesteśmy codziennie zasypywani jego zdjęciami. Dzieciak oczywiście wygląda jak każde inne dziecko, które ślini się i robi kupę w pieluchę.


6. Człowiek z zagranicy. Wyjechał za pracą, a teraz chce wszystkim pokazać, jak mu się dobrze żyje na obczyźnie.  Dlatego zwykle pozuje na tle samochodu albo nowego telewizora, żeby wszystkim w kraju żal dupę ściskał, że jest takim panem. 


7. Siury. Siury, czyli młodzież gimnazjalno-licealna żyje imprezkami, paleniem trawki, narzeka na obowiązek szkolny i reklamuje swoje photoblogi, na których jest dużo żyletek, smutku i Kurta Cobaina. Panny lubią pokazać na zdjęciu cycki, a potem oburzać komentarzami na ich temat, kolesie z kolei lajkują fanpejdże gwiazdek porno. 


No, to chyba wszystko, w każdym razie tyle udało mi się zdiagnozować. Jak znowu będę miała ból tyłka, to z pewnością się dowiecie, więc stay tuned! 
Wszystkie teksty ukazujące się na blogu są mojego autorstwa i ich kopiowanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zdjęcia i gify pochodzą z wyszukiwarki obrazów google.