piątek, 25 października 2013

Seks po polsku

Wyczytałam na Pudelku, że Dżoana Krupa nie jest zadowolona ze swojego pożycia małżeńskiego. Jej seks nie jest hypnotajzing, nawet kiedy jej ukochany, w ramach gry wstępnej, naciera ją milionami dolarów. Zaskakuje fakt, że punkt G naszej Dżoany nie znajduje się na karcie kredytowej jej męża.


Podobnych problemów nie ma moja ulubienica, Monisia Richardson. Jakiś czas temu, przy okazji prowadzenia jakiegoś programu, Monisia przyznała, że robiła „to” dwa dni wcześniej, w sypialni. Pytanie, czy Zbyszek maczał w tym palce (i nie tylko palce) zbyła infantylnym uśmieszkiem. Nieomieszkała również poinformować, że uciechom cielesnym woli oddawać się z rana. Faktycznie — codziennie rano pieprzy głupoty w telewizji śniadaniowej.


Kolejna celebrytka, Doda, o swoim seksie mówi wprost i zapewnia, że jest on dokładnie taki, jak ona sama, czyli ostry, wyuzdany i prymitywny. Podobnie ma się sprawa w przypadku Natalii Siwiec, która lubi być wiązana. Osobiście uważam, że jakiś knebelek przydałby się jej na co dzień.


Wieść niesie, że Edytka Herbuś pozostaje w wolnym związku ze swoim egzaltowanym partnerem, co w skrócie oznacza możliwość sypiania z kim popadnie, z której jej ukochany z pewnością ochoczo skorzysta. Nie wiadomo, czy Edytka znajdzie czas na romanse, między kolejnym pozowaniem na ściance a wizytą w telewizji śniadaniowej.


O seksie chętnie mówi też Ania Mucha, płynnie przechodząc w tematykę macierzyństwa. Gwiazdka jest żywym dowodem na to, że seks kończy się ciążą i projektowaniem kocyków. Ma dziewczyna łeb do interesu. Nie tylko swojego partnera.


Sądząc po szczerych wyznaniach celebrytek, z seksem Polaków nie może być aż tak źle — i tylko teoretycznie statystycznemu Kowalskiemu brakuje albo czasu, albo chęci. Pozostaje wierzyć, że utrzymująca się tendencja dzielenia się swoim życiem seksualnym w mediach pozytywnie wpłynie na odbiorców po drugiej stronie ekranu, tudzież monitora. I zainspiruje do wzmożonego działania! 

wtorek, 22 października 2013

Z miłości do zachodu!

Nie od dziś wiadomo, że wszystko co polskie jest gorsze. Idąc dalej tym tropem, generalnie należy się bezwzględnie wstydzić, że się nie urodziło w Ameryce, albo przynajmniej jakimś cywilizowanym kraju Europy — oczywiście zachodniej. Na wschód należy spoglądać raczej z pogardą.


Jedynym miastem, które ratuje honor Polski, jest stolica. Warszawa to mekka blogerek, faszionelek i jutuberów, a także wszystkich ludzi, którzy chcą zrobić zawrotną karierę. Najbardziej porządana jest kariera w korporacji, gdzie szef zwraca się do ciebie nazwą działu, bo nie obchodzi go twoje nazwisko i nawet nie próbuje go zapamiętać. Pomyśl, jaką zazdrość wzbudzisz wśród znajomych mówiąc, że do roboty jeździsz metrem!


Z drugiej strony, największą wiochą, zgodnie z aktualnymi trendami, jest mieszkanie w Radomiu i na Podlasiu. Większość ludzi nawet nie wie, gdzie jest Podlasie, ale krąży pogłoska, że nie ma tam dróg asfaltowych, a każdy mieszkaniec porusza się traktorem.


Poczucie wyższości i pogarda wobec innych to pierwszy krok ku wyśnionej westernizacji. Można to zaobserwować zwłaszcza u rodaków pracujących za granicą, którzy po powrocie do kraju daje kolegom potrzymać pięćdziesiąt euro, żeby ich upokorzyć.


Języka polskiego też generalnie należy się wstydzić i wystrzegać, jeśli nie chcesz brzmieć jak chłop pańszczyźniany. Dobrze jest operować angielszczyzną, która jest zdecydowanie bardziej medialna niż język polski, kojarzony z biedą, pierogami i komuną.


Niestety, z angielskim problem jest taki, że niewiele osób potrafi operować nim na poziomie pozwalającym uniknąć żenady. Ale pamiętajmy, że lepsza kaleka angielszczyzna, niż ten nieszczęsny język ojczysty, którego użycie zdradza, że jesteśmy zaściankiem.



Jeśli jesteś blogerką, czy tam faszionelką, to powinnaś przynajmniej opanować podstawowe zwroty, takie jak: haul, outfit of the day, New York  czy barter. Możesz oczywiście próbować posługiwać się językiem, nie znając go, tak jak Ewa Minge, była Miss Polonia Maria Nowakowska, czy nasza modna poliglotka, blogerka Charlize.


 Nawet jeśli potrafisz wyrecytować treść napisów  z drogich ciuszków czy poprawnie wymówić nazwisko projektanta, nie możesz czuć się pewnie — chyba, że twój angielski pozwala ci poprawnie wyartykułować nazwę twojego bloga. Wówczas możesz spać spokojnie.

piątek, 18 października 2013

Przegląd plotkarskiej prasy

Choroba przygwoździła mnie do łóżka, ale nie ma tego złego, bo przynajmniej znalazłam czas na napisanie kolejnego posta. Tym razem zapraszam na przegląd najważniejszych wydarzeń z całego mijającego tygodnia.


Angelika Fajcht to jedno z gorętszych nazwisk tego tygodnia — najpierw dała się obmacać Wolińskiemu w Top Model, potem zasłynęła jako stojak na gitarę w Dzień Dobry TVN. Jakby tego było mało, udzieliła wywiadu, w którym stwierdziła, że chce „iść na doktorata”. Generalnie laska ma problemy z dykcją, do tego sprawia wrażenie osoby, której trzeba przypominać o oddechu. I żeby ubrała spodnie jak idzie do telewizji.


Rysio Kalisz został ojcem! Jak sam przyznaje, dziecko jest dziełem przypadku. Podobne wrażenie można odnieść w kontekście kariery politycznej tatusia. Okazuje się, że pan Kalisz od kobiet nie stroni, czego oczywiście nie ukrywa. Paniom z otoczenia pana Kalisza zalecam trzymanie kolanek razem, a jemu samemu — języka za zębami.


Rafał Maserak ostro popłynął przy okazji wizyty w Toruniu, tym razem na parkiecie w jednym z lokalnych mieszkań. Zwymyślał nie tylko poirytowanych jego zachowaniem sąsiadów, ale i funkcjonariuszy na służbie. Pamiętajcie — alkohol i przerośnięte ego to kiepskie połączenie.


Monika Richardson dostała nowego partnera w telewizji śniadaniowej. Zbyszek najwyraźniej zbytnio zlewał się z kanapą. Mam jednak nadzieję, że Monisia przytarga czasami Zbyszka na jakiś bankiet, żeby zapozować na ściance.


Dwie kobiety Jarosława Kreta spotkają się w jednym programie! Była partnerka Jarosława, Agata Młynarska, poprowadzi program z jego obecną miłością, Beatą Tadlą. Panie zapewne ostro będą rywalizowały o miano tej lepszej kretynki — czy tam kretowej, nie pamiętam, jak to się odmienia.


Kim Kardashian pokazała tyłek w Internecie. Wiadomo, że nie pierwszy raz! Tak czy siak, jej partner, Kanye West skomentował fotkę sugerując, że zamierza z ukochaną spółkować. Romantycznym wyznaniom nie ma końca — ostatnim razem zadedykował jej piosenkę „Perfect bitch”. Pozostawię do bez komentarza.


Tomasz Lis ma kłopoty po tym, jak na swoim blogu dopuścił się kryptoreklamy pewnego napoju izotonicznego. Nie spodobało się to Komisji Etyki TVP. Pewnie skończy się na naganie, a nasz Lisek — chytrysek wiele na niefortunnym posunięciu nie zyska.   

czwartek, 10 października 2013

7 grzechów głównych lokali gastronomicznych

Dzisiejszy post pojawi się dzięki uprzejmości mojego operatora, który pozwala mi korzystać z gównianej prędkości internetu — przy okazji, nie spodziewajcie się gifów, przy tym transferze mogę co najwyżej grać w pasjansa online.

Ale ja nie o tym.

Nie będzie nawet o blogerkach, ani jutuberkach, bo chyba każdy ma już tego tematu dosyć i jest medialnie wyeksploatowany jak Edyta Herbuś.
Będzie o jedzeniu, konkretnie o restauracjach i mojej frustracji związanej z bywaniem w lokalach gastronomicznych.

Żeby nieco nakreślić sytuację — mieszkam w mieście studenckim, a mieszkańców jest podobnież dwieście tysięcy. Restauracji, knajp, jadłodajni teoretycznie jest sporo, ale w praktyce często mam problem, gdzie zjeść — za to doskonale wiem, gdzie jeść nie chcę.

Opiszę więc swoje refleksje dotyczące lokalnych knajp — czyli siedem grzechów głównych lokali gastronomicznych.

Po pierwsze — mikrofalówka. To ulubione słowo właścicieli restrauracji i kucharzy. Bardzo często zdarza się, że dostaję jedzenie po pięciu minutach od złożenia zamówienia i od razu wiem, że była grana mikrofala. Jedzenie jest mocno zmęczone, widać to zwłaszcza na przykładzie mojego ukochanego szpinaku — nie ma bata, szpinak odgrzany zawsze da znać, że świeży nie jest. Zresztą, czego spodziewać się po knajpie, która ma w menu wszystkie kuchnie świata.

Po drugie — brud. O ile podłoga zwykle jest przecierana zdechłym mopem, o tyle ścieranie kurzy nie jest mocną stroną osób, które się tym w knajpie zajmują. Moim hitem są zakurzone wiechcie sztucznych kwiatów stojące na stołach i brudne okna. O brudnych toaletach nie wspomnę.

Po trzecie — glutaminian sodu. Tutaj prym wiodą knajpy z kuchnią chińską, gdzie glutaminian walczy o dominację z pangą. Dziwię się, że w czasach, kiedy mamy dostęp do wszystkich przypraw świata, świeżych i suszonych, komuś chce się bawić w dziwne pochodne proszku do prania.

Po czwarte — sztućce. Rzadko udaje mi się dostać w knajpie sztućce, które nie wyginają się podczas użytkowania albo nie są tępe jak spojrzenie Natalii Siwiec. Jeśli dostaję w restauracji solidne sztućce, jest dobrze.

Po piąte — przystawki. Zwykle zwyczajnie ich nie ma, ale jest taka jedna knajpa w mieście, gdzie dają coś, co wygląda jak suchy brzeg pizzy, a do tego olej w karafce, który ma udawać oliwę. Litości!

Szóste — ceny. W więszkości przypadków nijak się  mają do jakości, bo jak dostaję za dwie dychy odgrzewany makaron z sosem grzybowym, w którym są pieczarki i nic poza tym, to mnie szlag trafia.

Siódme — menu. Jak wspomniałam, zwykle mamy do czynienia z niezbyt logiczną mieszanką, od pizzy po karkówki czy tradycyjne polskie dania, czyli dużo i miernej jakości. Pomijam już błędy w menu, zarówno w języku polskim, jak i angielskim, bo tego nawet komentować nie mam siły. Z jakiegoś powodu właścicielom restauracji wydaje się, że lepiej mieć wszystkiego po trochu niż specjalizować w kilku daniach.

Mam nadzieję, że nie zapomniałam o niczym. Poczułam ogromną ulgę, że mogłam sobie trochę pobiadolić po długim, ciężkim dniu, w którym próżno było szukać czasu na dobry posiłek! 

niedziela, 6 października 2013

Między ustami a brzegiem... młotka

Cały świat otwarcie potępia niewłaściwe zachowanie byłej gwiazdki Disney’a, Miley Cyrus, to może i ja dorzucę swoje trzy grosze. W zasadzie to jakoś specjalnie sprowokowana się nie czuję — nie oszukujmy się, te szlaki są już dawno przetarte, głównie pośladkami podobnych do niej gwiazdek. Lizanie młotka w teledysku jakoś nie wstrząsa moim konserwatywnym umysłem ani nie godzi w moje wydelikacone poczucie smaku.


Dlaczego zachowanie Miley uważam za uzasadnione? Jest co najmniej stosowne do okazji, jaką jest bycie częścią show biznesu. Pokazanie — pardon wyrażenie —  dupy to najprostsza droga do zwrócenia na siebie uwagi. Wystarczy spojrzeć na nasze rodzime podwórko — jeszcze niedawno pewna urocza, lekko zabotoksowana panna pokazała swoje wargi sromowe, a dzisiaj gra w serialu, i to głównie twarzą. Kilka miesięcy temu inna anonimowa aż do dnia zdarzenia panienka, zyskała swoje pięć minut w mediach pozując do zdjęć z gołym tyłkiem na wierzchu — i nie jest to metafora. Dlaczego więc kogoś miałoby oburzać wspomniane już lizanie młotka?


Inna sprawa, że ocieranie się kroczem o jakiegoś pana w ramach szeroko pojętego artystycznego performensu jest dość słabe. Śmiem twierdzić, że sam zainteresowany specjalnie zaskoczony nie był — umówmy się, to nie pierwsza laska, która ocierała się o krocze Robina Thicke. W każdym razie rozumiem, że Miley chciała zszokować skostniałą, konserwatywną Amerykę, której nie razi dziecięca otyłość, sztuczna opalenizna i wyciekające porno taśmy gwiazd, ale oburza wytykanie publicznie języka.


Zresztą, Miley jeszcze daleko do jej nieco starszej koleżanki, Rihanny. Ta to dopiero potrafi popłynąć — ćpanie, zamawianie prostytutek do hotelu, teledyski z półnagimi tancerkami…. Myślę, że Miley ciężko będzie to przebić, nawet nieszczęsną kulą, na której buja się nago w swoim teledysku. Rihanna nadal dzierży berło pierwszej zdziry przemysłu muzycznego, i zapewne łatwo zdetronizować się nie da.


Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak zwane piosenkarki idą w tę stronę — taniej pornografii, pokazywania sutków, potrząsania tyłkiem, uprzedmiotowienia z bardzo słabym podkładem muzcznym w tle. Mam wrażenie, że gwiazdkom kończą się pomysły, co tu zrobić, żeby odwrócić uwagę od miernego tekstu i banalnej melodii. Myślę, że niebawem się tego dowiemy, być może nawet od samej Miley. 

czwartek, 3 października 2013

Ludzie z facebooka

Tak, to będzie post z czystej złośliwości. Taka luźna obserwacja dotycząca facebooka, a dokładniej ludzi, którzy z niego korzystają. Podzieliłam ich na kilka typów - jeśli macie swoje, koniecznie dajcie mi znać w komentarzach! No to po kolei: 

1. Ekshibicjonistka. Jak sama nazwa wskazuje, lubi być podglądana. Każde jej wyjście jest rzetelnie relacjonowane, a każda zmiana nastroju doczeka się stosownej adnotacji. Wiem, w jakiej knajpie była z chłopakiem, co zjadła, jak to jedzenie wyglądało, na czym była w kinie, co przeczytała, czego słucha i jakie jej życie jest fabulous. Jest mistrzynią koloryzowania faktów.   


2. Modelka. Modelka wstawia codziennie swoje zdjęcie, każde opatrzone jest wyświechtanym cytatem z Paulo Coelho, albo innego literackiego giganta, którego mądrość wypluje google. Na każdym zdjęciu pozuje z tą samą miną, bo jest najkorzystniejsza. Do tego studiuje socjologię, europeistykę i politologię, więc jest nie tylko piękna, ale i wszechstronnie wykształcona.


3.Słodka parka. Słodka parka wstawia sobie wzajemnie słodkie komentarze z buziaczkami, lajkuje wzajemnie zdjęcia, wyznaje miłość, a po kłótni każde z nich zmienia status na wolny, wrzuca smutne piosenki Verby i liczy na wsparcie znajomych.


4. Ziom. Ziom wstawia na facebooka zdjęcia swojego stuningowanego golfa w gazie, opcjonalnie passata w dieslu i licytuje z kumplami, który więcej wyciągnął na wiejskiej żwirowej drodze. Największą radością imprezowicza jest weekendowa najebka, najlepiej opatrzona zdjęciami. Zacięcie walczy o darmową wejściówkę na piana party w lokalnej dyskotece.


5. Mamusia. O jej ciąży dowiadujemy się szybciej niż ojciec dziecka, a kiedy dzieciak pojawi się na świecie, jesteśmy codziennie zasypywani jego zdjęciami. Dzieciak oczywiście wygląda jak każde inne dziecko, które ślini się i robi kupę w pieluchę.


6. Człowiek z zagranicy. Wyjechał za pracą, a teraz chce wszystkim pokazać, jak mu się dobrze żyje na obczyźnie.  Dlatego zwykle pozuje na tle samochodu albo nowego telewizora, żeby wszystkim w kraju żal dupę ściskał, że jest takim panem. 


7. Siury. Siury, czyli młodzież gimnazjalno-licealna żyje imprezkami, paleniem trawki, narzeka na obowiązek szkolny i reklamuje swoje photoblogi, na których jest dużo żyletek, smutku i Kurta Cobaina. Panny lubią pokazać na zdjęciu cycki, a potem oburzać komentarzami na ich temat, kolesie z kolei lajkują fanpejdże gwiazdek porno. 


No, to chyba wszystko, w każdym razie tyle udało mi się zdiagnozować. Jak znowu będę miała ból tyłka, to z pewnością się dowiecie, więc stay tuned! 

Nie słuchasz mnie!

Czyli o komunikacji damsko-męskiej, oczywiście z przymrużeniem oka.
Znasz to uczucie, kiedy mówisz coś do swojego faceta, a on pozostaje w trybie stand-by? Albo ty, mężczyzno, znasz to uczucie, kiedy twoja kobieta wyskakuje z pretensjami, że w ogóle jej nie słuchasz? Jeśli tak, ten tekst jest właśnie dla ciebie!


Zacznijmy od ustalenia pewnych faktów — mężczyźni komunikują swoje potrzeby werbalnie, kobiety z kolei głęboko wierzą w moc domysłów, insynuacji, sugerowania i dedukcji. Mężczyźni polegają na logice, kobiety na emocjach i intuicji. Właśnie dlatego NIGDY się nie dogadamy.


Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! Panowie, szczerze, który z was nie usłyszał tego zdania przynajmniej raz w swoim życiu? Żeby to raz! Drogie panie, to pytanie jest zupełnie bez sensu, bowiem doskonale wiecie, że on NIE SŁUCHA. Nawet jeśli patrzy na was, potakuje ze zrozumieniem głową, to myślami jest gdzieś daleko, i to całkiem słusznie. Gdybyście mogły nagrać to, co do niego mówicie, a potem odtworzyły ten chaos, zrozumiałybyście, dlaczego. Ile jest w tym celnych uwag, cennych informacji, wartościowego kontentu, a ile zwykłego babskiego bełkotu, wyrwanych z kontekstu, szczątkowych faktów? Znam tylko jedną kobietę, która przekazuje wiadomości w sposób zwięzły i logiczny, i jest to pani z wieczornego dziennika!


Kochasz mnie? Czyli o tym, jak kobiety kochają słowa. Tarzają się w słowach, obsypują sobie nimi głowy, brodzą niczym dziecko w kałuży! Faceci mają w tej materii przesrane, nie dość, że są słabi w okazywaniu emocji, to jeszcze wymaga się od nich, by je ubierali w ładne słówka! Dlaczego? Bo widziałyśmy to w telewizji. Co to oznacza dla ciebie, mężczyzno? A no tyle, że masz przesrane.


Nic! Ona mówi, że nic się nie stało, ha! Naprawdę jej uwierzyłeś? Twoje nic, drogi mężczyzno, znaczy dokładnie tyle, że nic. Damskie „nic” to ostrzeżenie, to czerwone światło! Jeśli twoja kobieta mówi „nic”, to czas zacząć ją przepraszać. Za co? Za nic!


Słucham?! No co, pewnie nie dosłyszała, co nie? Idiota. Masz dokładnie trzy sekundy, żeby powiedzieć coś, co ją zdezorientuje i pozwoli uniknąć focha. Damskie poirytowane „słucham?!” to wyraz tego, że usłyszała coś, co jej się nie spodobało, i masz to odwołać. Tak, witamy w damskim świecie, usiądź wygodnie i domyśl się, co zrobiłeś źle.


Dobra! Dobra, że jest dobrze? Nie, jesteś tu od trzech minut i już wiesz, że to zwiastuje problemy! Kobieta rzuca to swoje „dobra!” kiedy chce zaanonsować przybycie obrazy majestatu. Twoje „dobra” oznacza zgodę i przyzwolenie, jej „dobra” wiejące chłodem to oznaka, że właśnie się obraziła.


Nie odzywaj się do mnie! Na męską logikę, należałoby się wycofać. Nie chce gadać? Dobra, to milczymy. Ale mądry mężczyzna wie, że podążanie tropem logiki na nic się tutaj zdaje! Tak, masz rację — kiedy ona mówi, że masz dać jej spokój i się nie odzywać, to czas na wzmożone przepraszanie i urabianie jej do czasu, aż okaże akt łaski. Kobieto, przyznaj sama — kiedy jego reakcją na twoje słowa jest milczenie, w głowie układasz treść smsa, która wyrazi, jak bardzo jesteś rozczarowana, że nic dla niego nie znaczysz.


Dlaczego się nie dogadamy? Bo dla ciebie, mężczyzno, emocje występują w wersji demo, my z kolei operujemy wersją rozszerzoną, z wszelkimi dostępnymi aktualizacjami. Kiedy ty mówisz, o co ci chodzi, my rzucamy podtekstami. Kiedy ty mówisz „nie chcę”, wyrażasz niechęć, a kiedy ja mówię „nie chcę”, to właściwie sama nie wiem, o co mi chodzi. Ale chodzi mi o to bardzo mocno.  

wtorek, 1 października 2013

Jaka to melodia?

Postanowiłam wziąć pod lupę teksty kilku powszechnie znanych piosenek. Do jakich doszłam wniosków? Usiądźcie wygodnie w fotelu i rozkoszujcie się podróżą wgłąb, a nawet na samo dno, literackich umysłów gwiazd sceny muzycznej.
Najpierw poznęcam się trochę nad artystką o wdzięcznym pseudonimie Honey. Wbrew obiecującemu miodkowemu pseudonimowi artystycznemu, jej twórczość to solidna dawka dziegciu. Dziewczę ładne, wyraźnie zafascynowane zachodem, ale z polskim budżetem i niezbyt trafnymi pomysłami. Banalny podkład muzyczny może nie wadzi, ale te teksty — nieporozumienie. Pomijam fakt, że każda piosenka okraszona jest wyznaniem jąkały („je-e-e-e-i-j-e”, „ło-o-o-o-i-j-o”). Weźmy na przykład taki oto fragment:

Nie powiem jak
Masz kochać mnie 
lecz chce to czuć 
być pewna, że wiesz.
czego potrzebuję dziś.
Chcę żebyś zaskakiwał mnie.
(Honorata Honey Skarbek „Nie powiem jak”)

Acha.
Wyborne rymy, nie wpadłabym na to, żeby zestawić „,mnie” z „mnie”. Ciężar. 
Pójdźmy dalej:

Kolejny raz słyszę strzał w mojej głowie
Jak długo ciągnąć to mam, życie na linii ognia
Wygrana to twój cel
Choć wojna toczy się codziennie, od nowa, od nowa, od nowa
Od jutra będą znów nowe dni, lepsze dni
Wierzę w to z całych sił.
(Honorata Honey Skarbek „Sabotaż”)


Ona słyszy strzał w głowie, ja mam ochotę strzelić sobie w łeb, słuchając tego arcydzieła. „Od nowa, od nowa, od nowa”, jak nie masz pomysłu na tekst to powtórz ostatnie słowo, słowo, słowo. Takim ludziom daje się świadectwo maturalne i wypuszcza w świat przekonując, że są stworzeni do pisania tekstów piosenek! Może te teksty z założenia mają być proste, dla prostych ludzi, dla niewprawionego ucha i niewyćwiczonego mózgu? 


Idąc dalej tym tropem, przyglądam się uważnie twórczości gwiazdy nieco większego formatu, czyli Rihannie. I znowu, nie wiem czy to kwestia wciągnięcia zbyt dużej ilości koksu, czy ona tak na trzeźwo i całkiem serio. Jeśli nie znasz angielskiego, to spoko, nawet się nie domyślisz, że coś tu nie gra. Gorzej, jak jesteś w stanie wychwycić słowa, ale nie jesteś w stanie wychwycić sensu. Dlaczego? Bo go zwyczajnie tam nie ma:

And I drink to that
Yeah-e-yeah, yeah-e-yeah, yeah-e-yeah
Yeah-e-yeah, yeah-e-yeah, yeah-e-yeah
(And I drink to that)
Yeah-e-yeah, yeah-e-yeah, yeah-e-yeah
Yeah-e-yeah, yeah-e-yeah, yeah-e-yeah
(Rihanna “Cheers”)


Yyy. Czy to naprawdę wymaga jakiegoś komentarza?
A tutaj kolejny hit: 

Chest to chest
Nose to nose
Palm to palm
We were always just that close
Wrist to wrist
Toe to toe
Lips that felt just like the inside of a rose.
(Rihanna “California King Bed”)

Chest to chest, crack to nose... Czego chcieć więcej?


Na koniec teksty Pitbulla, znanego również jako Misiłorłe. Nie od dziś wiadomo, że Pitbull lubi w piosenkach liczyć do czterech i wymieniać stolice różnych państw, ale co poza tym? Niewiele, jakieś jąkanie i mlaskanie, jak choćby tutaj:

Mommy got a boom bang bom bam bim bang, 
no digga dee, no doubt,
I’ma hit that
That thing so fat, looks like she got a umpa lumpa 
in her pants,
god dammit.
(Pitbull “Boomerang”)


To się nazywa biegunka myślowa! Nie wiem, skąd on bierze te teksty, ale przyznam szczerze, że facet bije na głowę wszystkich innych artystów. On nawet nie udaje, że tekst ma znaczenie, dopóki w teledysku wiją się półnagie laski.
Ciekawa jestem, czy to tylko moje subiektywne odczucia, czy faktycznie jest to muzyczna kupa. Z angielskiego „crap”. 
Wszystkie teksty ukazujące się na blogu są mojego autorstwa i ich kopiowanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zdjęcia i gify pochodzą z wyszukiwarki obrazów google.