czwartek, 10 października 2013

7 grzechów głównych lokali gastronomicznych

Dzisiejszy post pojawi się dzięki uprzejmości mojego operatora, który pozwala mi korzystać z gównianej prędkości internetu — przy okazji, nie spodziewajcie się gifów, przy tym transferze mogę co najwyżej grać w pasjansa online.

Ale ja nie o tym.

Nie będzie nawet o blogerkach, ani jutuberkach, bo chyba każdy ma już tego tematu dosyć i jest medialnie wyeksploatowany jak Edyta Herbuś.
Będzie o jedzeniu, konkretnie o restauracjach i mojej frustracji związanej z bywaniem w lokalach gastronomicznych.

Żeby nieco nakreślić sytuację — mieszkam w mieście studenckim, a mieszkańców jest podobnież dwieście tysięcy. Restauracji, knajp, jadłodajni teoretycznie jest sporo, ale w praktyce często mam problem, gdzie zjeść — za to doskonale wiem, gdzie jeść nie chcę.

Opiszę więc swoje refleksje dotyczące lokalnych knajp — czyli siedem grzechów głównych lokali gastronomicznych.

Po pierwsze — mikrofalówka. To ulubione słowo właścicieli restrauracji i kucharzy. Bardzo często zdarza się, że dostaję jedzenie po pięciu minutach od złożenia zamówienia i od razu wiem, że była grana mikrofala. Jedzenie jest mocno zmęczone, widać to zwłaszcza na przykładzie mojego ukochanego szpinaku — nie ma bata, szpinak odgrzany zawsze da znać, że świeży nie jest. Zresztą, czego spodziewać się po knajpie, która ma w menu wszystkie kuchnie świata.

Po drugie — brud. O ile podłoga zwykle jest przecierana zdechłym mopem, o tyle ścieranie kurzy nie jest mocną stroną osób, które się tym w knajpie zajmują. Moim hitem są zakurzone wiechcie sztucznych kwiatów stojące na stołach i brudne okna. O brudnych toaletach nie wspomnę.

Po trzecie — glutaminian sodu. Tutaj prym wiodą knajpy z kuchnią chińską, gdzie glutaminian walczy o dominację z pangą. Dziwię się, że w czasach, kiedy mamy dostęp do wszystkich przypraw świata, świeżych i suszonych, komuś chce się bawić w dziwne pochodne proszku do prania.

Po czwarte — sztućce. Rzadko udaje mi się dostać w knajpie sztućce, które nie wyginają się podczas użytkowania albo nie są tępe jak spojrzenie Natalii Siwiec. Jeśli dostaję w restauracji solidne sztućce, jest dobrze.

Po piąte — przystawki. Zwykle zwyczajnie ich nie ma, ale jest taka jedna knajpa w mieście, gdzie dają coś, co wygląda jak suchy brzeg pizzy, a do tego olej w karafce, który ma udawać oliwę. Litości!

Szóste — ceny. W więszkości przypadków nijak się  mają do jakości, bo jak dostaję za dwie dychy odgrzewany makaron z sosem grzybowym, w którym są pieczarki i nic poza tym, to mnie szlag trafia.

Siódme — menu. Jak wspomniałam, zwykle mamy do czynienia z niezbyt logiczną mieszanką, od pizzy po karkówki czy tradycyjne polskie dania, czyli dużo i miernej jakości. Pomijam już błędy w menu, zarówno w języku polskim, jak i angielskim, bo tego nawet komentować nie mam siły. Z jakiegoś powodu właścicielom restauracji wydaje się, że lepiej mieć wszystkiego po trochu niż specjalizować w kilku daniach.

Mam nadzieję, że nie zapomniałam o niczym. Poczułam ogromną ulgę, że mogłam sobie trochę pobiadolić po długim, ciężkim dniu, w którym próżno było szukać czasu na dobry posiłek! 

2 komentarze:

  1. Niedawno trafiłam na Twojego bloga i muszę przyznać, że jest naprawdę interesujący. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki piszesz (miło czytać teksty, które nie mają błędów), gify którymi okraszasz posty także są świetne (z jakiegoś powodu szczególnie ten zapadł mi w pamięć: http://4.bp.blogspot.com/-W26HwTbWCuM/Uho1Erj87aI/AAAAAAAAAJE/46pNpLVZMnc/s1600/1078830e21e1d4019.gif. Ilekroć go oglądam, nie mogę przestać się śmiać ;-)). Oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że mój blog przypadł Ci do gustu :) a gif z lisem to też mój ulubieniec! :D

      Usuń

Wszystkie teksty ukazujące się na blogu są mojego autorstwa i ich kopiowanie bez mojej zgody jest zabronione.

Zdjęcia i gify pochodzą z wyszukiwarki obrazów google.